“Gdzie jesteś, siostrzyczko” – Max Czornyj

Ostatnio postanowiłam przekonać się, czy twórczość Maxa Czornyja jest dla mnie odpowiednia. Lubię kryminały i thrillery, gdyż mojemu mózgowi z ADHD zapewniają solidny zastrzyk dopaminy. Od koleżanki słyszałam jednak, że niektóre powieści Czornyja okropnie ją brzydzą, co mnie trochę zniechęciło do ich lektury. Jak oceniam jego najnowszą książkę “Gdzie jesteś, siostrzyczko”?



Rodzina Loret jest niezwykle zamożna – do Hugona należy nie tylko prestiżowy hotel, ale również szereg innych biznesów. Kilka lat temu mężczyzna stracił żonę w wypadku samochodowym. Po tym, jak owdowiał i został sam z dwójką dzieci, poznał Julię i się z nią ożenił. 


Julia okazała się dobrą macochą. Wprawdzie lepiej dogaduje się z kilkuletnią dziewczynką z ADHD niż z autystycznym chłopcem, ale odnajduje się w swojej roli. 


W walentynki luksusowy hotel organizuje imprezę dla zakochanych. Dobrą zabawę maci jednak zaginięcie kilkuletniej dziewczynki. Nikt nie wie, co się z nią stało, choć w hotelu jest tłoczno, a obiekt monitorują kamery. Tych jednak brakuje od strony części mieszkalnej państwa Loret. 


Rok później, także w walentynki, z hoteli znika Hugon. Wprawdzie mężczyzna zrobił wszystko, co w jego mocy, aby się zabezpieczyć, ale nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. 


Śledztwo zaginięcia Hugona prowadzi Oliwia – jest to świetna policjantka, która w młodości została mocno doświadczona przez los. Odbija się to zresztą negatywnie na jej życiu prywatnym. Wkrótce ktoś zaczyna węszyć wokół funkcjonariuszki. Rozpoczyna się medialna kampania oszczerstw, których nic nie jest w stanie powstrzymać.


Muszę przyznać, że powieść “Gdzie jesteś, siostrzyczko” wzbudziła we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony początek zapowiada się dobrze. Z drugiej finał jest totalnie od czapy – pełny chaosu, bezsensownych zachowań i brutalności. Ta ostatnia rzeczywiście trochę mnie obrzydziła, bo zahacza o psychopatię. Na dodatek koniec okazał się tak zagmatwany, a nie każdy wątek doczekał się wyjaśnienia, że czuję niedosyt. 


Max Czornyj w posłowie do powieści “Gdzie jesteś, siostrzyczko” wspomina, że książkę napisał w 2 tygodnie. Nie czepiałabym się tego – sama magisterkę stworzyłam w 4, potem 1 dzień ją poprawiałam – wcześniej jednak dobrze przygotowałam się i przetłumaczyłam artykuły naukowe. Niemniej u Czornyja odnoszę wrażenie, że koniec zdradza jego pośpiech. Po prostu chciał albo musiał skończyć książkę w konkretnym dniu. W rezultacie przyspieszył i to mocno, sklejając byle jaki finał z kilku różnych wątków, który pasuje jak pięść do nosa do wcześniejszej fabuły. Przypomina mi to zwykłe grafomaństwo.


Komentarze