“Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” – Marek Szymaniak

Od jakiegoś czasu obserwuję dziennikarkę – Paulinę Górską, która ma ekologiczny content. Ostatnio natknęłam się u niej na fragment ciekawego wywiadu z Markiem Szymaniakiem. Mężczyzna opowiadał o tym, w jakich warunkach mieszkają imigranci pracujący w big techach. Ten temat mnie zainteresował, więc postanowiłam zgłębić jego najnowszą książkę pt. “Młócka. Reportaże o pracy przyszłości”. 



Nie żałuję tej decyzji. Dawno nie miałam do czynienia z tak dobrą literaturą faktu, od której nie sposób się oderwać. Nie dość, że dziennikarz porusza ciekawe tematy, w tym jeden szczególnie mi bliski ze względów zawodowych, to jeszcze robi to w atrakcyjny sposób. Uważam, że ten tytuł zasługuje na rozgłos, bo tylko w ten sposób powstanie społeczne wrzenie, które wymusi na rządzących wprowadzenie stosownych zmian legislacyjnych.

Sylwia Czubkowska, która napisała “Bóg techy”, nie bez powodu polecała książkę Marka Szymaniaka. Jest w niej bowiem dużo nawiązań do braku regulacji prawnych dotyczących działalności wielkich firm technologicznych w Polsce. Autor w pierwszym rozdziale opisał historię kobiety, która znajduje zlecenia w aplikacji Tikrow. Z jednej strony nie jest to najgorsze rozwiązanie – firma zajmuje się pośrednictwem pracy tymczasowej i zawiera z pracownikami umowę zlecenie, podczas gdy większość kurierów rozwożących jedzenie z restauracji ma tylko umowę na użyczenie roweru lub samochodu. Z drugiej jednak ta kobieta nigdy nie wie, ile i czy w ogóle zarobi. Jednego dnia pracuje w kawiarni, drugiego przy taśmie produkcyjnej, a trzeciego robi jeszcze coś innego. O zlecenia trzeba walczyć, bo inni szybko rezerwują je w aplikacji. Poza tym kobieta nie może liczyć na przeszkolenie do stanowiska, nie wolno jej też za bardzo wychylać się z krytyczną opinią. Musi siedzieć cicho, aby firma jej źle nie oceniła, gdyż negatywne opinie, jak również rezygnacja ze zlecenia z przyczyn losowych, skutkują niekiedy zablokowaniem dostępu do Tikrow. Pracownicy tymczasowi nie mogą też liczyć na płatny urlop czy L4. Ponadto nie mają możliwości założenia związku zawodowego.


A propos tych ostatnich – choć od lat media głównego nurtu, które promują kapitalizm w tej czy innej odsłonie, próbują obrzydzić ludziom związki zawodowe, w ostatnich latach wzrasta ich popularność. Polacy zaczynają się zrzeszać, bo mają dość wyzysku, pracy ponad siły w warunkach, które nierzadko rodzą zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Ten trend akurat mnie cieszy.


Zawsze zastanawiałam się, jak wygląda praca kurierów z Glovo, Uber Eats itp. Niestety, Marek Szymaniak potwierdził moje obawy – ci ludzie w większości nie mogą liczyć na normalne zatrudnienie. Już nawet nie wspominam o etacie, ale o umowie zlecenie czy dzieło. Oficjalnie zawierają umowę o użyczenie swojego roweru lub samochodu. Co ciekawe, nasi politycy, na czele z ministra pracy Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, nic z tym nie zrobili, choć mieli to uregulować. Najwidoczniej lobby big techow jest wyjątkowo mocne, skoro nikt nie zakwestionował tych umów, a wprowadzone przepisy okazały się niezwykle liberalne i premiują kombinatorstwo. Ludzie, którzy rozwożą nam jedzenie, często nie są nawet ubezpieczeni od nieszczęśliwego wypadku. Nikt nie przejmuje się tym, że pracują w śniegu i mrozie. Ze wszystkich tego typu firm najkorzystniej wypada Pyszne.pl. W tej organizacji kurierzy są zatrudnieni na umowę zlecenie i założyli związek zawodowy, który jednorazowo wywalczył dla nich dopłaty za pracę zimą. Jakby tego było mało, w pozostałych firmach nie obowiązuje stawka godzinowa. Kurier musi być cały czas do dyspozycji, ale wynagrodzenie otrzymuje za zrealizowane zlecenie. Sposób naliczania zarobku również nie jest jasny i nierzadko kurierzy czują się wykorzystani. 


Rozdziałem, który szczególnie mnie poruszył, jest ten poświęcony sztucznej inteligencji. Marek Szymaniak opisał w nim losy copywritera, który pracował w agencji wraz z innymi osobami. Miał etat, dlatego wziął kredyt na mieszkanie. Pewnego dnia szef wezwał go do siebie i zaprezentował mu AI – był zachwycony sztuczną inteligencją i nakazał pracownikom korzystać z tego narzędzia. Pracy zrobiło się mniej, przez co część osób straciła zatrudnienie. Pozostali uczłowieczali gotowe teksty, ale to zadanie przestało dostarczać im jakąkolwiek satysfakcję. W końcu szef podjął decyzję – zespół ma nauczyć AI pisać ludzkie teksty, a następnie wszyscy zostaną zwolnieni. Bohater reportażu szukał pracy w branży kreatywnej, ale jej nie znalazł. Nie interesowało go też tłumaczenie książek naprędce przy użyciu AI. W końcu znalazł zatrudnienie w dziale marketingu jednej z firm farmaceutycznych. 


Sama jestem copywriterka i na szczęście mam zlecenia, ale widzę, że rynek stał się bardzo specyficzny. Część osób bezmyślnie korzysta z AI – niektórzy tak się zachłysnęli ChatemGPT, że generują w nim nagłówki artykułów i ich nie weryfikują pod kątem logiki czy kwestii prawnych. AI “myśli” za nich, tworzy audyty SEO i sprawia, że zalewa nas intelektualny ściek. Niektórych tekstów nie da się czytać, a są premiowane przez wyszukiwarki za to, że zawierają same punktowania lub każdy akapit stanowi w nich oddzielne zdanie. Jakby tego było mało, zalewają nas detektory AI, które rodzą nowe patologie. Tekst napisany przez człowieka wyświetla się jako AI, a stworzony przez AI jako ludzki. Niektórzy zleceniodawcy cierpią na obsesję detektorów i jak coś wyjdzie jako AI, nie zadają sobie trudu, by samodzielnie ocenić artykuł. Chcą, aby poprawiać go bez końca, aż detektor uzna, że stworzył go człowiek. Przypomina to syzyfową pracę, bo nigdy nie wiadomo, co pokaże ZeroGPT czy Scribbr. Poza tym nie ma się gwarancji uzyskania wynagrodzenia za zrealizowane zlecenie. Niekiedy pojawiają się też “złote” rady ze strony agencji, by wprowadzić do tekstu błędy lub usunąć z nich bezpieczne sformułowania, które są konieczne w branży farmaceutycznej. Nie daj Boże, piszesz poprawnie, masz logiczny umysł i lubisz porządkować treści, aby ukazać w nich związki przyczynowo-skutkowe. Jeśli do tego nie umiesz lać wody, nie ma szans, aby tekst zdrowotny wyświetlił się jako wolny od AI. O co w tym wszystkim chodzi? Celem jest zysk kolejnego big techa – tym razem chcą Ci sprzedać humanizator za 2000 zł, w którym miesięcznie możesz “zhumanizować” 4 dłuższe artykuły. Musisz go jednak wykupić na rok po to, aby z Twojego tekstu zrobił “Kali jeść, Kali pić”. Pozostaje tylko robić swoje i otaczać się normalnymi klientami, stopniowo rezygnując z tych, którzy traktują detektor jako wyrocznię. Na szczęście mam tyle zleceń, że mogę sobie na to pozwolić i nie muszę narażać swojego zdrowia psychicznego na szwank.


Co ciekawe, o ile sztuczna inteligencja od pewnego czasu wypiera pewne zawody i odbiera pracę artystom, copywriterom, a coraz częściej też projektantom wnętrz, o tyle w bardzo niewielkim zakresie ułatwia pracę fizyczną. Moim zdaniem coś poszło mocno nie tak – roboty są nam potrzebne do działań na froncie, rozbrajania bomb i dachów z azbestem. Te zadania zagrażają zdrowiu i bezpieczeństwu ludzi. Tymczasem pracę tracą intelektualiści. Niby mówi się, że AI stworzy nowe zawody, pracy ma być nawet więcej, ale czy humanista, prawnik lub psychoterapeuta przekwalifikuje się na specjalistę od AI i cyberbezpieczeństwa? Sama nigdy nie czułam się pewnie w kwestiach związanych z informatyką i nowymi technologiami. Jak słusznie zauważa Marek Szymaniak, AI powinno wspierać człowieka, a nie go zastępować. Rewolucja technologiczna, która się właśnie dokonuje, jest dużo gorsza od tej, jaką obserwowaliśmy w motoryzacji. Wówczas maszyny ułatwiały produkcję aut i obciążały człowieka. Teraz odbierają mu przyjemność z pracy kreatywnej i zmuszają do zajęcia się czymś, co nie daje przestrzeni na rozwój intelektualny.


Pozostając przy tematyce AI, Marek Szymaniak poruszył w książce kolejny ważny temat – ochronę własności intelektualnej. Wszyscy zachwycają się AI – robią w niej teksty, zdjęcia i filmiki, ale nikt nie zastanawia się, czy nie narusza w ten sposób cudzych praw autorskich. Tymczasem maszyny musiały uczyć się na pracach innych ludzi – ich filmikach, książkach, artykułach, zdjęciach i grafikach. Nikt nie pytał twórców o zgodę i nie zapłacił im za skorzystanie z ich dorobku. Ten segment wciąż pozostaje nieuregulowany – chciałoby się zapytać moja “ulubioną” ministrę Dziemianowicz-Bąk, dlaczego nic z tym nie robi. Książka “Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” pokazuje tylko, jak bardzo nieudolnie polityczka sprawuje swoją funkcję. Nie zajmuje się aktualnymi sprawami niecierpiącymi zwłoki, aby zabezpieczyć pracę artystów i innych grup zawodowych, które cierpią z powodu wolnoamerykanki big techow. 


AI coraz częściej służy pracodawcom do kontrolowania pracowników i ich oceniania. O ile człowiekowi możesz wytłumaczyć, że mniej efektywnie stukasz w klawisze, bo opracowujesz właśnie strategię działania i konsultujesz ją z prawnikiem, to ze sztuczną inteligencją to nie przejdzie. Firmy zdobywają coraz więcej poufnych danych, dotyczących samopoczucia swoich pracowników i mogą je wykorzystać przeciwko nim. Zdarza się, że przedsiębiorstwa dają im zegarki po to, aby te monitorowaly ich parametry zdrowotne. W pierwszej kolejności należy pozbyć się tych, którzy mogą zachorować i pójść na dłuższe L4. Coraz częściej AI decyduje też o tym, kto ma zostać zwolniony z pracy – jest to po prostu bezduszne. Polsce powoli kończy się czas na uregulowanie tej kwestii – UE tego wymaga od wszystkich członków wspólnoty. Tymczasem ministra Dziemianowicz-Bąk jakoś nie chwali się osiągnięciami w tym zakresie. Chyba woli udzielać rad niczym Maria Antonina – marznącym pracownikom zasugerowała, aby zgłosili pracodawcy, że jest za zimno, dlatego wychodzą do domu. Zastanawiam się, czy ta pani kiedykolwiek pracowała w jakiejś firmie, bo zna się na rynku pracy jak kosmita na życiu na ziemi. Coraz bardziej podejrzewam, że najpierw robiła doktorat, a później trafiła do polityki, więc nie zdaje sobie sprawy, z czym w rzeczywistości mierzą się polscy pracownicy.


Pozostając przy mojej “ukochanej” ministrze, nawiążę do kolejnej sprawy opisanej przez Marka Szymaniaka. Dziennikarz zauważa, że czasem social media mają większą skuteczność w zwalczaniu nadużyć w pracy niż PIP. Oczywiście wszystko zależy od tego, czy firmie zależy na dobrej renomie, czy ma to gdzieś. Justyna pracowała na umowie zlecenie przy taśmie – została zwolniona za to, że nie nosi stanika, choć nie zagrażało to jej bezpieczeństwu. Nagrała film na TikToka, który stał się viralem. Wprawdzie Dziemianowicz-Bąk oficjalnie stanęła po stronie Justyny, ale wysłana przez nią inspekcja pracy dała firmie karę tylko za umowę zlecenie, która powinna być umową o pracę. Nie wyciągnęła natomiast żadnych konsekwencji za zbyt dużą ingerencję w ubiór kobiety.


Reasumując, gorąco polecam Wam książkę pt. “Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” autorstwa Marka Szymaniaka. W jednym z rozdziałów nawiązał do nierówności między dużymi miastami a prowincjami – temu zagadnieniu poświęcił inny ze swoich tytułów, który już czeka na mnie na stosiku do czytania.


Komentarze